221
Autograf listu Fryderyka Chopina do rodziny, 11 października 1846, s. 2

 

Autograf listu Fryderyka Chopina do rodziny: Moi naydrożsi. Zapewne jużeście po wakacjach…, Nohant, niedziela, 11 października 1846 [r.], 2 karty, 4 strony zapisane, format 208x167 mm. Ze zbiorów Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie [M/2629].

 

Dziesięć razy zaczęty, dziś go wysyłam. Posyłam słówko Ludwice od Pani Domu. W niedzielę, 11 octobra 1846 Ch. de Nohant, przy stoliku obok fortepianu. Moi naydrożsi. Zapewne jużeście po wakacyach. Wszyscy w domu: i Mameczka od panny Józefy, i Ludwika od Ciech[omskich], i Antkostwo z ogrodu wód mineralnych wrócili z zasobem zdrowia na zimę. Niech Wam Bóg da wszystko najlepsze. Tutaj tak piękne lato było, jak już dawno nie pamiętają, a chociaż nie bardzo żyzny rok i w wielu okolicach trwożą się o zimę, tutaj się nie skarżą, bo winozbiór nadzwyczaj piękny; a w Burgundii jeszcze piękniejszy aniżeli w r. 1811, co się tyczę qualité, nie quantité. Wczoraj Pani domu tutaj konfitury robiła z winogron aleksandryjskimi zwanych. Są to bardzo duże grona formy muscat, ale które w tym klimacie niezupełnie dojrzewają, i dlatego przedziwne na konfitury. Ale z innych owoców niewiele co się urodziło. Liści za to dużo, zielono jeszcze bardzo i kwiatów dużo. Nowy ogrodnik. Stary Piotr, którego Jędrzejewiczostwo widzieli, odprawiony mimo 40 lat [służby] (jeszcze za życia Babki), jako też i poczciwa Françoise, matka Łucji: dwaj najdawniejsi słudzy. Daj Boże, żeby się młodemu i kuzynce nowi lepiej podobali. Soi, co była mocno słaba, zdrowiuteńka i kto wie, czy za kilka miesięcy nie napiszę Wam, że za mąż idzie za owego młodego, urodnego chłopaka, o którym Wam w przeszłym liście pisałem. Całe lato tutaj zeszło na rozmaitych spacerach i ekskursjach w okolice nieznane de la Vallée Noire. Nie byłem de la partie, bo mnie te rzeczy więcej męczą jak warto. Jakem zmęczony, takem niewesoły, a więc i wszystkim to na humor wpływa, i zabawa mniejsza ze mną młodym. Nie byłem także w Paryżu, jakem się spodziewał, ale miałem bardzo dobrą pewną okazję do przesłania moich muzycznych manuskryptów, z której skorzystałem i nie potrzebowałem się ruszać. Ale za miesiąc myślę już być w Squarze i spodziewam się jeszcze zastać Nowak[owskiego], o którym tylko wiem przez p. de Rozières, że kartę w moim mieszkaniu zostawił. Rad bym go widzieć. Ale tu go nie chcą. Wiele mi się rzeczy przypomni. Także się nagadam po naszemu, bo tu Jana już nie mam, i od czasu odjazdu Lorki słowa po swojemu nie mówiłem. Pisałem Wam o Lorce. Jakkolwiek grzeczni tu byli dla niej, po jej wyjeździe nie z wielkim sercem zostali. Kuzynce się nie podobała, a więc i synowi; stąd żarciki, z żarcików grubiaństwa, a ponieważ mi się to nie podobało, więc ani już mowy o niej nie ma. Trzeba było takiej poczciwej duszy jak Ludwika, żeby po sobie dobrą pamięć u wszystkich zostawić tutaj. Pani domu przy Lorce nieraz mi powiedziała: Votre soeur vaut cent fois mieux que Vous, na co ja: Je crois bien. Niech mi też Izabela napisze, czy rodzice Antoniego żyją, jako też rozmaite takie rzeczy. Bo Jaś się odezwał po ośmiu latach z żalami, że mnie nie słuchał, ale że teraz pracuje, jak może, i stara się korzyść odnieść z nauk w Grignotn dawniej pobieranych. Zdrów i dobrze intencjonowany, w Gaskonii siedzi i pracuje. Pisałem do niego i jeszcze chcę pisać. Dziś słońce ślicznie świeci, pojechali na spacer; mi się nie chciało i korzystam z tej chwili, żeby z Wami posiedzieć. Ów piesek Marquis został ze mną, leży na mojej sofie. Nadzwyczajne to stworzenie: jego wełna taka jak marabut, bieluteńki, co dzień go p. S. sama pielęgnuje, toteż taki rozumny, jak tylko można. Nawet ma rzeczy oryginalne nie do odgadnięcia. Np. nie będzie ani jadł, ani pił w naczyniu wyzłacanym; głową posuwa i wywraca, jeżeli może. Wyczytałem w „Pressie” między innymi nazwisko mojego chrzestnego w Frankfurcie na zjeździe uczonych trudniących się więzieniami. Gdyby się aż do Paryża posunął, rad bym go widział i napiszę do p. de Rozières, że jeżeliby podobną kartę u mojego consierga znalazła, żeby mi natychmiast znać dała. Między nowinami, zapewne już wiecie dawno o planecie nowej pana Leverrier. Leverrier z obserwatorium paryskiego, uważając pewne nieregularności w planecie Uranus, przypisał to innej planecie, jeszcze nie znanej, której opisał odległość, kierunek, wielkość, słowem, wszystko, tak jak pan Galie w Berlinie, a teraz [Adam] w Londynie spostrzegli. Co za triumf dla nauki, żeby rachunkiem dojść do odkrycia podobnego! Na przeszłym posiedzeniu Akademii Nauk p. Arago proponował, żeby nową planetę nazwać Leverrier. Pan Galle pisał z Berlina, że prawo nazwania jej należy do pana Leverrier, ale proponuje nazwać ją Janus. Pan Leverrier wolałby Neptun. Ale mimo pewnej części Akademii Nauk wielu było za nazwaniem planety od imienia wynalazcy, który siłą rachunku nadzwyczajnej, niesłychanej dotychczas w dziejach astronomii rzeczy dokazał, i ponieważ są komety Vico, Hind, Uranus się zwał Herschel, czemuż nie ma być planeta Leverrier? Król zaraz go oficerem legii honorowej zrobił. Także zapewne wiecie o wynalazku de la poudre de coton przez pana Schönbein. Tutaj są ciekawi, ale nie widzieli jeszcze. W Londynie zaś próby w przytomności X-cia Alberta (męża królowej) potwierdziły, że siła większa, dymu nie ma, nie smoli, nie brudzi, w wodzie zamoczony nie traci mocy po osuszeniu. Eksplozja daleko prędsza jak zwyczajnego prochu, bo położone [!] na zwyczajnym l'explosion a lieu, a zwyczajny się ani zapali. Ale ja Wam scientyficzne rzeczy piszę, jak żebyście nie mieli Antka albo Bełzy. Ostatniemu życzcie szczęścia największego w nowym stanie. Mój Boże, jakby się to z tego cieszył Matusz[yński]. Nie ma dnia, żebym o nim nie myślał. Teraz nie mam w Paryżu żadnego z moich szkolnych znajomych. Ale a propos wynalazków, jeszcze o jednym, który więcej jest de mon domaine. Pan Faber w Londynie (profesor matematyki), mechanik, bardzo dowcipny wystawił automat, który nazwał Eufonia, która wymawia dosyć wyraźnie nie jedno ani dwa słowa, ale długie frazesa, i co większa, śpiewa arię jedną Haydna i God save the Queen. Dyrektorowie oper, gdyby mogli mieć dużo podobnych androidów, obeszliby się bez chórzystów, co drogo kosztują i ambarasu wiele robią. Dziwna rzecz, żeby przyjść do tego za pomocą leviers, soufflets, soupapes, chaînettes, tuyaux, ressorts, itd., itd. — Pisałem Wam dawniej o kaczorze Vaucansona, który trawił, co zjadł; Vaucanson zrobił także androida, co na flecie grał. Ale jeszcze żadna machina dotychczas nie śpiewała z wyrazami God save the Queen. Od dwóch miesięcy wystawiona jest owa Eufonia à l'Egyptian Hall (jak Bartek wie, miejsce poświęcone ciekawościom rozmaitym). Na przyszły rok w Londynie gotuje się wielka rywalizacja opery włoskiej. Pan Salamanca, bankier hiszpański, jeden z członków Izby madryckiej, wziął w dzierżawę teatr, tak zwany Covent Garden, jeden z największych teatrów londyńskich, ale który nigdy wielkiego sukcesu nie miał dla położenia swojego, bo jest daleko od pięknego świata. Pan Lumley, zwyczajny dyrektor teatru włoskiego królowej, teatru, który przyjęty od całego londyńskiego świata za modny, nie śpieszył się z angażowaniem na rok przyszły swoich zwyczajnych śpiewaków, o nich w spokojności zaufany w swoim teatrze jedwabiem wybitym. Pan Salamanca go uprzedził i Grisi, i Mario, i Persiani, słowem, wszystkich wyjąwszy Lablacha pozaangażował drożej. Będą więc dwa teatra. Pan Lumley prócz Lablacha zaangażował, jak mówią, pannę Lind i pana Pischek (o którym Berlioz mówi, że najlepszy Don Juan) (?). A ponieważ zwyczaj elegancji w Londynie więcej znaczy aniżeli nie wiem jakie cuda sztuki, więc ciekawa będzie saison przyszła: Mówią, że dawna Opera (to jest p. Lumley) utrzyma się, bo toutes les chances sont, że królowa ją uczęszczać jak zwykle będzie. Opera paryska jeszcze nie dała opery Rossiniego. Habeneck, dyrektor orkiestry, mocny miał atak apoplektyczny, co go zmusiło przez parę miesięcy wstrzymać się od dyrekcji. Ale teraz, już zdrów i po części za nim p. Pillet (dyrektor) czekał. Włochy już zaczęły w Paryżu. Nowy śpiewak dla Paryża, Coletti, baryton, wystąpił w Semiramidzie i mówią wiele dobrego o nim. Młody, przystojny prócz talentu, i rozmaite o nim awantury dawno już chodziły. Na duchownego ojciec go sztyftował, aktorem został w Neapolu, porzuciwszy Rzym. W Lizbonie kilka lat głowy, jak mówią, zawracał i jeżeli (co zaś słychać było dawniej o tym) dwie damy o niego się tam pojedynkowały; jeżeli przy tym dobrze bardzo śpiewa, to się utrzyma. W Paryżu wątpię, żeby się pojedynkowano za niego, ale go dobrze zapłacą, lepiej jak w Portugalii. Śpiewał także z sukcesem w Madrycie, gdzie teraz wielkie festyny preparują na zaślubiny królowej ze swoim kuzynem i Infantki, jej siostry, z ostatnim synem króla Filipa, ks. Montpensier. Dumas w towarzystwie pana Maquet (młody pisarz, który mu jego felietony pod jego dyrekcją pisze), jako też Louis Boulanger, znany malarz, wysłani stąd przez ministra oświecenia, pana Salvandy, z misją opisania i omalowania wszystkich ceremonii i awantur. Wiele mówią o prezentach, które ks. Mont[pensier] zawozi dla narzeczonej. Królowa dla swojego narzeczonego gotuje prócz swojego tronu (bardzo gruba, choć młoda) collier złotego runa diamentowe, jako też bardzo bogatą szpadę z rękojeścią diamentową, dont la lame a servi à Charles III, et le bâton de capitaine général. 17 pojazdów przepysznych sztyftu ją, które mają służyć do zawiezienia do kościoła Atocha, gdzie się mają obadwa śluby razem odbyć, jako też na wjazd do Madrytu z Aranjuez (Aranchuez wymawia się). Tak jak żeby np. tutaj w Wersalu. Jeżeli Was takie opisy bawią, to zapewne macie je w Waszych dziennikach Dmuszewskiego. Zapewne wiecie, że Infantka 15 lat ma dopiero niespełna i że przystojniejsza od królowej. W przyszłym miesiącu wróci z mężem do Paryża, gdzie gotują bal w Hôtel de Ville i rozmaite inne festyny. Jak ją zobaczę, to Wam napiszę, czy taka piękna, jak X-na Joinville (brazylijska księżna), najpiękniejsza z familii: wysoka, blada, duże oczy, brunetka. — Panna Rachel, która jak mówiono, dla słabości chciała dać dymisję Teatrowi Francuskiemu, lepiej, i mówią, że wkrótce znów wystąpi. Walewski, wiecie, że się ożenił z panną Ricci, Włoszką, której matka Poniatowska, siostra tego amatora muzyki, który opery we Włoszech pisze i teraz był w Paryżu, i Pillet mu dał poemat na wielką operę. Poemat jest Dumasa syna i ojca. Bo Dumas, choć jeszcze młody, ma syna (przed ożenieniem), który także pisze. Nie wiem tytułu nowej opery Poniatowskiego, ale ma być tej zimy reprezentowana (?). Dziś tutaj grzmoty i dosyć gorąco. Ogrodnik kwiaty przesadza. Do Jardin de plantes zakupiono nowe grunta za 9-kroć i coś tysięcy, przyległe, między którymi des terrains należące niegdyś do Buffona. Mimo to nie będzie on nigdy na górze i nad Wisłą, jak Wasz, w tak pięknym położeniu. Giraffa, którą zdaje mi się, Jędrzejewiczostwo jeszcze widzieli, umarła. Rad bym nigdy innych smutnych nowin jak podobna nie mieć do pisania. Tego roku jakoś więcej faire part ślubów niż śmierci dostałem i prócz starego c-te de Sabran, którego bardzo lubiłem, o którym Wam nieraz temu 8 lat może pisałem, który piękne bajeczki pisał, a raczej robił na pamięć, bo nic nie pisał albo bardzo mało, który niektóre Krasickiego naśladował. Prócz niego nie dostałem żadnego żałobnego zaproszenia. Ale ożeniłem jedną elewkę w Bordeaux, drugą w Genui. W Genui, gdzie dopiero teraz stawiają pomnik Krzysztofowi Kolumbowi, tam urodzonemu. Stamtąd musiałem Wam pisać o pałacu, który nosi jeszcze jego nazwisko i écusson. Pani Viardot w Berlinie z mężem i matką. Tego roku tu nie była. Będzie w Paryżu za miesiąc, gdzie ją zapewne zobaczę, i potem znów wróci na zimę do Berlina, gdzie zaangażowana. Mówią także, że prócz Grisi i Persiani Salamanca także ją zaangażował na lato przyszłe do Londynu, ale o tym nie wiem directement. Chciałbym mój list zapełnić najlepszymi nowinami, ale nic nie wiem prócz tego, że Was kocham i kocham. Gram trochę, piszę trochę. Z mojej Sonaty z wiolonczelą raz kontent, drugi raz nie. W kąt rzucam, potem znów zbieram. Mam nowe trzy Mazurki; nie myślę, żeby ze starymi dziurami [wyraz nieczytelny], ale na to czasu trzeba, żeby dobrze sądzić. Jak się robi, to się dobrze zdaje, bo się inaczej by nic nie pisało. Dopiero później refleksja przychodzi i odrzuca albo przyjmuje. Czas to najlepsza cenzura, a cierpliwość najdoskonalszy nauczyciel. — Spodziewam się niedługo listu od Was, jednakże spokojny jestem i wiem, że przy Waszej licznej familii trudno Wam się wszystkim zebrać napisać słowo, tym bardziej że między nami pióro nie starczy; nawet nie wiem, ile by lat trzeba, żebyśmy się nagadali pour être au bout de notre latin, jak tu mówią. Dlatego nie dziwcie się ani smućcie, jak ode mnie listu nie ma, bo nic temu przyczyną, jak tylko to, co i u Was; pewna przykrość łączy się do przyjemności pisania do Was, to to przekonanie, że między nami nie ma słów: ledwo są rzeczy. Moje największe szczęście to wiedzieć o Waszym zdrowiu i humorze. Bądźcie zawsze dobrej myśli; macie dzieciaki pocieszne (piszę w liczbie mnogiej, bo wiem, jak Antoniostwo są dla moich siostrzeńców), o Babce ani mowy! Byle zdrowie było, wszystko dobrze. Ja tu nieźle się mam, bo pogoda. Zima nie zanosi się na złą, a przy szanowaniu się to i tak zejdzie, jak przeszła, i dzięki P. Bogu, że nie gorzej. Ileż to ludzi gorzej! Prawda, że wielu lepiej, ale o tych nie myślę. Pisałem do panny de Rozières, żeby tapicerowi mojemu kazała dywany położyć, firanki i portiery założyć. Niedługo już trzeba myśleć o młynie, to jest o lekcjach. Zapewne pojadę stąd z Arago i zostawię jeszcze na jakiś czas tutaj Panią domu, której synowi i córce do miasta nie spieszno. Była tego roku kwestia o Włochach na zimę, ale młodzież za wsią. Mimo to na wiosnę, jeżeli Soi pójdzie za mąż albo Maurycy ożeni (obie rzeczy na warsztacie), zapewne zmienią się i zdania. Między nami. Zapewne się na tym tego roku skończy. Chłopiec ma 24-ty, a córka 18-cie. Ale o tym jeszcze niech to zostanie między nami. Piąta, a już tak ciemno, że prawie nie widać. Kończę ten list. Za miesiąc z Paryża więcej Wam napiszę. Tymczasem cieszę się, że się z Nowakiem o Was trochę nagadam. Uściskajcie Tytusa, jeżeli go widzicie, i lokatora Karola; i mojego chrzestnego, jak wróci; i jeżeli na przyszły rok na podobny zjazd, jaki był tego roku we Frankfurcie, do Brukseli pojedzie, bo sesja tam na przyszły rok naznaczona, to mam wielką nadzieję go zobaczyć, bo droga żelazna już dawno gotowa. Piszcie mi o Józiostwie także — i o wszystkich poczciwych znajomych. Ściskam Was najserdeczniej, nóżki i rączki Mameczki[.] Ch. Żal mi tego papieru próżnego, co do Was idzie bez niczego, ale jak teraz nie poślę à la hâte, tak znów zacznę jutro inny list i nigdy się nie skończy. Posyłam go p. de Rozières, która karteczkę wścibi do Ludwiki, jak zwykle. Ściskam Was wszystkich najserdeczniej.