087
Ferdinand Hiller i Fryderyk Chopin

Ferdinand Hiller

Ferdinand Hiller (1811-1885) i Fryderyk Chopin

Artysta nieznany, medalion, brąz, ok.1835, średnica 100, reprodukcja: Ferdynand Hoesick, Chopin. Życie i twórczość. Warszawa 1910-1911, t. 2, s. 13.

Oryginał zaginął w czasie II wojny światowej.

Zbiory: Fototeka NIFC - Warszawa [F.6960].

 

Ferdinand Hiller – niemiecki pianista, kompozytor i dyrygent. Po studiach u Hummla w Weimarze, spędził osiem lat (1828-1835) w Paryżu, gdzie nawiązał serdeczne przyjaźnie ze sławnymi pisarzami (Balzac, Hugo), malarzami (Delacroix) oraz z wieloma muzykami (Liszt, Berlioz, Mendelssohn), przede wszystkim z Chopinem.

W liście z 12 grudnia 1831 r. do Tytusa Woyciechowskiego Chopin wyrażał się o nim z najwyższym uznaniem: [...] poczciwy Hiller, chłopiec z ogromnym talentem (uczeń były Hummla, którego Koncert zaonegdajszy i Symfonia wielki efekt zrobiła – jest to w rodzaju Beethovena, ale pełny poezji, ognia i ducha człowiek)... [Sydow, t. 1, s. 201]. Hiller wziął udział w pierwszym koncercie Chopina (26 lutego 1832 r.). Zostali przyjaciółmi, Chopin dedykował mu Nokturny, op. 15. Wraz z Lisztem, Franchomme’em, Mendelssohnem i Berliozem tworzyli oni rodzaj zrzeszenia. Z naszego dawnego romantycznego bractwa w Paryżu, które wraz z Mendelssohnem i Chopinem składało się z pięciu członków, tylko my trzej – Berlioz i ty pozostajemy na tym świecie – pisał Liszt do Hillera 15 lutego 1855 r. [Eigeldinger, s. 327]. W 1835 r. Hiller opuścił Paryż i powrócił do Niemiec. W swoich pismach wspomina z wielką serdecznością swojego przyjaciela, Chopina: Mógłbym powiedzieć, że kochał mnie Chopin, ale ja byłem w nim zakochany. Nie wiem przynajmniej, jak inaczej nazwać uczucie, którym mnie natchnął. Jego obecność uszczęśliwiała mnie, nigdy nie mogłem nasłuchać się go do syta; jeślim go dłużej nie widział, tęskniłem za nim; rano rychło wychodziłem z mieszkania, aby go zobaczyć, nim swe lekcje rozpocznie. [...] Żyć bez towarzystwa nie lubił i mało też kiedy bywał samotny. Rano przepędzał jakąś godzinkę przy instrumencie, a nawet gdy ćwiczył i grał dla wprawy, albo gdy całe wieczory przy ulubionym fortepianie przesiadywał, koniecznie kogoś z przyjaciół przy sobie mieć musiał. [...] Muszę się wypowiedzieć o jego cudownej grze, której nie zapomnę do ostatniego tchnienia. Rzadko oddawał się czemuś bez reszty i tylko przy fortepianie czynił to najpełniej, w wyższym stopniu aniżeli jakikolwiek inny pianista. Wypowiadał tylko siebie, i to tak wyłącznie, że wszelkie wspomnienie czegoś już zasłyszanego odpadało. Tak nikt nigdy nie dotykał klawiszów, w tak niezliczonych odcieniach nikt nigdy nie wydobywał z nich tych samych dźwięków. Precyzja rytmiczna łączyła się u niego ze swobodą prowadzenia melodyj w taki sposób, że sprawiały wrażenie, iż powstawały w tej chwili. Co u innych było wykwintną ozdobą, u niego było jak barwa kwiatu; co u innych techniczną biegłością, u niego przypominało lot jaskółki. Rozpatrywanie poszczególnych zalet jego gry: nowości, wdzięku, doskonałości, natchnienia, odpadało – był właśnie tylko Chopin. Nawet brak tej imponującej siły tonów, właściwej np. Lisztowi, Thalbergowi i innym, był jednym z jego wdzięków.[...] Najgłębsze zrozumienie jego kompozycji, najzupełniejsze pogrążenie się w nich nie da jeszcze odczucia owej poezji zawartej w jego grze. Wszelka myśl o cielesności ulatniała się. Był to jakby błysk cudownego meteoru, który nas zachwyca swą tajemniczą niepojętością. [Czartkowski, Jeżewska, s. 244-246].